2 stycznia 2011

XXVI. Oczy biednych



A! chcesz się dowiedzieć, czemu cię dzisiaj nienawidzę. Będzie mi to zapewne łatwiej wyjaśnić, niż tobie zrozumieć, bo, jak sądzę, jesteś najwspanialszym okazem kobiecej nieprzenikliwości, na jaki można natrafić.

Spędziliśmy ze sobą cały długi dzień, który mnie wydał się krótki. Obiecaliśmy sobie solennie, że każda moja myśl będzie twoją, a twoja – moją, i że nasze dwie dusze złączą się odtąd w jedną; marzenie, w którym koniec końców nie ma nic oryginalnego, poza tym, że dotąd – choć snują je wszyscy – nie ziścił go nikt.

Wieczorem, trochę zmęczona, postanowiłaś usiąść przed nową kawiarnią, na rogi nowego budynku, jeszcze pełnego gruzu, ale już dumnie wystawiającego na pokaz swoją niewykończoną świetność. Kawiarnia błyszczała. Nawet gaz płonął zapałem debiutanta i oświetlał najlepiej jak umiał oślepiające białością ściany, olśniewające tafle luster, złoto listew i gzymsów, paziów z pyzatymi policzkami ciągniętych przez psy na smyczy, damy uśmiechające się do trzymanego na ręku sokoła, nimfy i boginie niosące na głowach owoce, pasztety, i dziczyznę, Heby i Ganimedów z małą amforą bawarki albo dwukolorową piramidą mieszanych lodów w wyciągniętych dłoniach; całą historię i mitologię oddane w służbę obżarstwu.

Na wprost nas, na jezdni, przystanął jakiś poczciwiec mniej więcej czterdziestoletni, ze zmęczoną twarzą i siwiejącą brodą; jedną ręką obejmował małego chłopca, a na drugiej trzymał mniejsze dziecko, za słabe, by iść. Pełnił obowiązki bony i wieczorem wyszedł ze swymi potomkami na powietrze. Wszyscy w łachmanach. Te twarze miały w sobie niezwykłą powagę, a tych sześcioro oczu utkwionych w nowej kawiarni kontemplowało ją z zachwytem równie wielkim, choć w zależności od wieku, różnie zabarwionym.

Oczy ojca mówiły: «Jak tam pięknie! Wydaje się, że całe złoto naszego biednego świata spłynęło na te ściany.» - Oczy chłopca: «Jak tam pięknie! Jak tam pięknie! Ale do tego domu mogą wchodzić tylko ludzie, którzy nie są tacy jak my.» – Jeśli chodzi o oczy dziecka, były zbyt oczarowane, żeby wyrażać cokolwiek poza najgłębszą i bezmyślną radością.

Piosenki mówią, że rozkosz uszlachetnia duszę i zmiękcza serce. Piosenka miała rację tego wieczora, jeśli idzie o mnie. Nie tylko byłem wzruszony tą rodziną oczu, ale poczułem się trochę zawstydzony szklankami i karafkami, za dużymi na nasze pragnienie. Odwróciłem wzrok ku tobie, kochanie, żeby w twoim spojrzeniu wyczytać moją myśl; tonąłem w twoich oczach tak pięknych i tak dziwnie łagodnych, w twoich zielonych oczach zamieszkałych przez Kaprys i natchnionych przez Księżyc, kiedy powiedziałaś: «Ci ludzie są nie do zniesienia. Te oczy jak młyńskie kamienie! Czy nie zechciałbyś poprosić właściciela, żeby ich stąd usunął?»

Tak trudno zrozumieć się nawzajem, mój drogi aniele, i tak nieudzielna jest myśl, nawet jeśli dwoje ludzi się kocha!


2 komentarze:

  1. niezwykłe a zarazem piękne w swej głębi...

    OdpowiedzUsuń